Po starannym zamknięciu bramy skierowali się do przychodni.
- Ale ja naprawdę nie odczuwam potrzeby odwiedzenia lekarza. O, patrz, już prawie nie boli - lekko potrząsnęła uszkodzoną ręką, starając się przy tym nie okazywać bólu.
Niestety, Isabela Green najlepszą aktorką nie była. Ba, nie była nawet dobrą.
- Wciąż nie umiesz udawać - zaśmiał się brunet - Widzisz, już prawie jesteśmy.
- Nienawidzę cię... - burknęła cicho.
Weszli przez szklane drzwi do budynku.
Już pół godziny później wychodzili tymi samymi drzwiami. Bells z zabandażowaną dłonią, oczywiście.
- Jeszcze bardziej boli, wiesz?
- Przeeestań, tylko narzekasz dzisiaj - objął ją ramieniem - no, uśmiechnij się.
Wysiliła się na uśmiech. Dźwięk przychodzącej wiadomości. Sara, bo któżby inny.
"To co, idziemy?"
"Jasne, gdzie jesteś?"
"Pod twoim domem"
- Z kim piszesz?
- Z Sarą. To moja przyjaciółka. Muszę lecieć, obiecałam jej, że pójdziemy na zakupy. Chyba, że chcesz iść z nami.
- Ok, i tak nie mam nic lepszego do roboty - zaśmiał się.
- To chodź - pociągnęła go za rękę w stronę swojego domu.
Szli przez jakieś pięć minut, najszybciej jak się dało.
- Sara! - krzyknęła Isa, gdy tylko zobaczyła przyjaciółkę.
Podbiegła do niej, ciągnąć za sobą Williama.
- Bella! - uśmiechnęła się szeroko, po czym spojrzała na bruneta - Cześć, jestem Sara - podała mu rękę.
- William - uścisnął rękę dziewczyny.
- Przyjaciel Isy, jak mniemam?
- A co, mówiła coś? - zaśmiał się.
- Tak, mówiła - wtrąciła się Isabela.
Cała trójka zaczęła się śmiać.
- Bella, coś ty sobie w rękę zrobiła? - Sara wciąż ledwo powstrzymywała śmiech.
- Lekkie zwichnięcie, które zawdzięczam mojemu kochaneeemu psiakowi - burknęła.
- Aha, dobra. To co, idziemy? - klasnęła w dłonie.
- Saraaaa... Nie mam najmniejszej ochoty na chodzenie po sklepach.
- No wiesz, a ja już miałam nadzieję, że chociaż raz pójdziesz ze mną na zakupy - udała obrażoną.
- Dobrze wiesz, że nie lubię zakupów - złapała się dłonią za głowę.
- Mam pomysł. Ostatnio znalazłem ładne miejsce, środek lasu, nikt tam raczej nie bywa - odezwał się w końcu Will.
- Hmm, dawno nie byłam w lesie... Kiedyś niemal dzień w dzień chodziliśmy nad jezioro przez las, pamiętasz?
- Nie da się zapomnieć - ponownie się uśmiechnął.
- To jak Sara, idziesz? Proooooooszę - Is zrobiła minę á la kot ze Shreka... zwykle działała.
- Mam inny wybór?
- Nie - odezwali się chórem.
- Stawiasz Pepsi, Robinson - uderzyła go w ramię.
Uniósł ręce do góry, jako znak "zgody na warunki".
- Ok, Williamie Adamie Robinsonie, prowadź nas do tego zacnego miejsca.
- Ależ oczywiście, milejdis. - ukłonił się przed nimi.
Cała trójka, kolejny już dzisiaj raz, wybuchnęła śmiechem.
Poszli w stronę parku. Tego, w którym dzień w dzień przebywała Isabela. Za stawem, pomiędzy krzewami, ukryta była dróżka prowadząca do lasu. Szatynka oczywiście o niej wiedziała.
Wszyscy szli w ciszy. Will, Sara, a na końcu Bella. Gdy doszli na miejsce, ujrzeli polankę. Obok był stawik.
- Tu jest przepięknie... - szepnęła Isa.
---
Mamy 2 rozdział. Krótki, dziwny, again pisany na komórce.
Przepraaaaszam. Ale w końcu mam pomysły na rozdziały, myślałam też o innym opowiadaniu, bo pomysł nie jest zły. Hmm?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz